Tym razem w Dalmacji

Wpisy

  • poniedziałek, 10 października 2011
    • Split

      Jechałam tu trochę uprzedzona- że przereklamowany, że nia ma tej atmosfery, co choćby Trogir, że tłumy, że wcale nie jest tak ładnie, jak piszą w przewodnikach...
      Na miejscu mile się rozczarowałam- Split mnie zauroczył. A starówka wbudowana w pozostałości rzymskiego pałacu warta jest tego, żeby tu przyjechać. Tłumów specjalnych też nie było, ale może to zasługa pierwszej połowy czerwca. Bo w sezonie faktycznie trudno chyba się przecisnąć w ciasnych uliczkach.

      O co afera z Pałacem? Ano o to, że była to budowla ogromna, o rozmiarach 215 na 181 metrów, otoczona grubymi na dwa metry murami o wysokości 26m od strony lądu. Obecnie na terenie Pałacu stoi 220 budynków (głównie z XVIIIw.), w których mieszka 3 tysiące ludzi.

      Widok na wieżę Katedry św. Dujana jeszcze spoza pałacowych murów, od strony targowiska przy Bramie Srebrnej

      fragmenty murów

      Brama Srebrna

      Od Srebrbej Bramy do Perystylu

      Perystyl- kiedyś centralna część pałacu

      Wejścia do Katedry strzegą kamienne lwy. Sama katedra to dawne mauzoleum cesarza Dioklecjana.

      Jedyną rzeczą, która w Splicie mnie zawiodła, to widoki z wieży katedralnej. Nie, żeby nie były ładne- były- morze, ściana gór Kozjak, czerwone dachy domów. Ale przewodnik twierdzi, że zobaczę z niej Pałac Dioklecjana z lotu ptaka- a ja wolałam ten pałac z przyziemnej perspektywy. Z wieży gdzieś mi się gubił :(

      Mała Marylin Monroe- tą sukienkę naprawdę wiatr jej podwiał.

      Westubul- mieliśmy okazję wysłuchać to mini koncertu czterech chorwackich śpiewaków i przekonać się o niezwykłej akustyce tego miejsca

      Częś prywatnych apartamentów cesarza zajmują kramy z pamiatkami

       

      w części utworzono muzeum

      Za murami pałacu na nadmorskiej promenadzie- można na chwilę przysiąść na ławeczce, ale o cień nie jest łatwo

      Jedna z elegantszych ulic poza Pałacem- ulica Maruliceva

      Siostrzyczka i Brat

      Wieża z XV-wiecznym zegarem przy Żelaznej Bramie

      Narodni Trg- centrum średniowiecznego Splitu, gotycki budynek dawnego ratusza (obecnie Muzeum Etnograficzne)

      Zachodnie wejście do Pałacu Dioklecjana- Brama Żelazna

      Płaskorzeźba św. Antoniego z 1394r.

      Radicev Trg- inny plac poza murami Pałacu, z ośmioboczną wieżą i pomnikiem pisarza Marka Marulicia

      Bezgłowy sfinks przed dawną świątynią Jupitera, przekształconą w VIIw. w chrześcijańskie baptysterium

      Płaskorzeźby na chrzcielnicy- ta przedstawia chyba króla Zvonimira na tronie

      Płyty nagrobne zasłużonych arcybiskupów (VIIw.)

      Pałac Ivelio

      Złota Brama

      A tego pana już znacie- Grgur Ninski, ten w Splicie jest zdecydowanie większy od posągu w Ninie- ale i Split większym od Ninu miastem jest

      Truśka za wodną kurtyną

      Kaplica św. Arnira- dzieło Juraja Dalmatinca- ocalały z pożaru fragment klasztoru Benedyktynów

      Chyba trochę zmęczona zwiedzaniem,

      Podsumowując- jedźcie do Splitu, bo warto. Najlepiej poza sezonem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Split”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 października 2011 22:46
  • czwartek, 22 września 2011
    • Miejsce, jakie lubię, czyli dziś zapraszam do Ninu

      Ci, co zaglądali na nasze wcześniejsze wakacyjne blogi, wiedzą już, co "tygrysy lubią najbardziej"- małe klimatyczne miasteczka. I taki właśnie jest Nin. Zachwycił mnie już samą nazwą- Nin- taka krótka, a ile w niej treści;-)

      Historycznie jest to jedno z ciekawszych miejsc w Chorwacji- w Xw. rezydował tu Grgur Ninski, biskup, który wprowadził do liturgii język chorwacki, a kościół św. Krzyża z IXw., stojący w cenrum miasteczka uważany jest za najmniejszą katedrę na świecie.
      Stare miasto zajmuje niewielką wyspę pośród rozlewisk. Można się na nią dostać przechodząc przez jeden w dwóch mostów:

      My wybraliśmy ten dla pieszych, Donji Ninski Most. Wejścia na ten most strzeże pomnik chorwackiego księcia Branimira:

      Po drugiej stronie, nieopodal Dolnej Bramy zacumowana jest rekonstrukcja średniowiecznej łodzi:

      Dolna Brama jest częścią miejskich fortyfikacji, Zaraz za nią ciągnie się główna ulica miasteczka, przy której stoi kościół św. Anzelma, z romańską kaplicą

      i kamienną dzwonnicą

      Zaraz za rogiem natrafiliśmy na takie oto drzwiczki, strzeżone przez dwóch księży? apostołów?:

      Czyż te odstające uszka nie sż urocze?

      I na pomnik biskupa Grgura- bardzo groźnie spogląda na maluczkich, a wyciągnięta w górę ręka jakoś nie kojarzy się z błogosławieństwem, a raczej z rzucaniem jakiejś klątwy czy innej ekskomuniki.

      Truśka się jednak nie przestraszyła (tym bardziej, że z groźnym biskupem widziała się wcześniej w Splicie, w wersji jeszcze potężniejszej, albowiem autor posągu Ivan Mestrovic, tak się chyba zachwycił swoim dziełem, że stworzył kilka jego kopii i poustawiał je w różnych chorwackich miastach) i pogłaskała go po paluchu:

      Pomalutku doszliśmy do zabytku najważniejszego, czyli do katedry św. Krzyża.

      Powstała w IXw., ma niecałe 40m obwodu, w jej wnętrzu nie ma praktycznie nic ( chyba, że za coś można uznać gniazda jaskółek, które swobodnie tu wlatują przez pozbawione szybek okienka i otwarte drzwi. Według jednej z teorii bryła kościoła odzwierciedla poszczególne pozycje słońca.

      Kościół stoi na trawiastym placu, w otoczeniu kamiennych murków, które mają chyba odwzorowywać kontury budowli, które nigdyś tu stały. Teraz oblepiają je stadka ślimaków, które interesowały Truśkę dużo bardziej niż zabytki:

      Znalazła nawet najmniejszego ślimaczka świata ;-)- w końcu przy najmniejszej światowej katedrze takowy mieszkać powinien:

      Potem doczlapaliśmy jeszcze do Muzeum Archeologicznego:

      I udaliśmy się na zasłużony obiadek pod kiściami winogron



      Winogronka niestety w czerwcu jeszcze nie były dojrzale.

      Mój obiadek wyglądał tak:

      Zapewniam, że zjadłam wszystko, nawet te "wąsiska" i było pyszne. Drugi odważny spałaszował sałatkę z ośmiornicami:

      Pozostali nie wykazali się otwartością na owoce morza i wybrali "bezpieczniejsze" dania.

      Na przykład tradycyjną ninską długodojrzewającą szynkę.

      Albo równie tradycyjne ninskie frytki;-)

      A na koniec to, dla czego szczególnie chciałam tu przyjechać:

      Kościółek św. Mikołaja- stoi sobie na małym trawiastym pagórku przy drodze do Ninu. I robi, przynajmniej na mnie, niesamowite wrażenie. Malutka kamienna budowla, zwieńczona basztą, zamiast typowej wieży, jakby przeniesiona tu z parku miniatur. Obok rozłożysta pinia. Obrazek wręcz nierzeczywisty, pocztówkowy.  Do tego słońce, świerszcze grające jak opętane i zapach łąki. Ja naprawdę kocham takie miejsca.

      A przy okazji obdarzam niezwykłym szacunkiem ich wiekowość, w końcu ta miniaturowa świątynia powstała w XIw. Pierwotnie była podobno zwieńczona kopułą, ośmiokątną wieżę z blankami wybudowano w czasie najazdu Turków. Na wzgórzu prawdopodobnie w czasach jeszcze bardziej zamierzchłych znajdowało się przedhistoryczne grodzisko.

      .

      Tu też, podobnie jak w ninskiej katedrze, nie można się spodziewać niczego we wnętrzu. Do środka nawet wejść się nie da, bo obdrapane drewniane drzwi zamknięte sa na głucho. Ale posiedzieć w cieniu kamiennych murów, które "widziały" niejedno, pooddychać rozgrzanym, pachnącym ziołami powietrzem, posłuchać koncert świerszczy, którym wtórują przeróżne bzykacze- warto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 września 2011 23:46
  • sobota, 17 września 2011
    • Jeszcze kilka zdjęć z kempingu

      Znalazły się doczepione do innych- wstawiam ku pamięci:

      Trusia pałaszująca ulubionego rogala z czekoladą

      Ulubiona rozrywka- rzucanie kamieni do morza

      Przedstawiciel armii krabów. które co wieczór wyłaziły na brzeg

      2 x Matka w obiektywie Córki:

      Truśka i katamaran sąsiadów

      Poważna Trusia w kolczykach z czereśni

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      sobota, 17 września 2011 23:34
    • Szybenik

      Odwiedziliśmy go nie raz- bo po pierwsze warto, po drugie nasz kemping był właśnie tu, po trzecie zasmakowaliśmy w wielkich rogalach z czekoladą z całodobowej piekarni.

      Po niepowodzeniach w pierwszym dniu, gdy szukaliśmy katedry, kolejnego trafiliśmy do niej bezbłędnie- chociaż wcześniej pospacerowaliśmy po wyższej części miasta.

      Pierwsza była żółwiowa fontanna:

      Z żółwiami się bardzo zaprzyjaźniliśmy, a ponieważ nasza równie zaprzyjaźniona piekarenka znajdowała się nieopodal, to wracaliśmy jeszcze do nich parę razy- mam wrażenie, że za pierwszym było ich najwięcej, a potem jakby ubywało. Czyżby ktoś je cichaczem wykradał? Mam nadzieję, że nikt ich na zupę żółwiową nie przerobił;-) Chyba nasz ulubiony święty Franciszek, stojący tuż obok,  by na to nie pozwolił:

      Od żółwi powędrowaliśmy w dół, odwiedzając po drodze dawny klasztorny zespół Franciszkanów:

      Potem zagłębiliśmy się w wąskie uliczki, mijając po drodze małe kościółki z dzwonnicami nad wejściem:

      Wyszliśmy na nabrzeże tuż koło dawnego pałacu biskupiego i książęcego, w których mieści się obecnie Muzeum Miejskie:

      Aż natrafiliśmy na Bramę Morską:

      a po przejściu przez nią znaleźliśmy się na tyłach słynnej szybenickiej katedry.
      O co była cała "afera" z katedrą i dlaczego koniecznie musieliśmy ją zobaczyć? Ano uważana jest ona za jeden z najwspanialszych zabytków architektury sakralnej w Chorwacji. Jej budowę zlecili Wenecjanie rzeźbiarzowi z Zadaru Jurajowi Dalmatinacowi (jest on także autorem portalu w weneckim Pałacu Dożów). Dalmatinac ozdobił katedrę fryzem z ponad 70-cioma głowami, przedstawiającymi współczesnych mu mieszczan. Sam kościół zbudowano w stylu przejściowymi pomiędzy gotykiem a renesansem. Ma piękne portale- główny i  boczny, które są pozostałościami po wcześniejszej romańskiej katedrze.

      Katedra w samo południe

      I innego dnia- w zachodzącym słońcu

      Galeria z arkadami na placu obok katedry

      Kościół św. Barbary- obecnie Muzeum sztuki Sakralnej

      Pomnik Juraja Dalmatinca

      Niektórych zwyczajne dwunożne zwiedzanie najwyraźniej nudziło;-)

      Potem znowu zaczęliśmy się wspinać wąskimi uliczkami Szybenickiej Starówki:

      Ciekawe, do czego służą takie małe drzwiczki?

      Zawsze ogromnie jestem zaskoczona, że za tymi starymi kamiennymi musami toczy się zwyczajne współczsne życie- ludzie tam mieszkają, oglądają telewizję, jedzą kolację, albo... robią pranie.

      Katedra z wysoka

      Wdrapaliśmy się do twierdzy św. Anny (tak przynajmniej nazywają ją w przewodniku, bo na tabliczce w mieście miała chyba inną nazwę). Cytadela ta, wznisiona w XVI/XVIIw. wznosi się nad centrum miasta. Można z niej podzwiać piękne widoki, a także inne twierdze:

      To chyba twierdza Barona (Subicevac)

      Schodki przy kościele św. Jana

      I sam kościół przy Trgu Ivana Pavla II

      Kolejny anioł do kolekcji

      Na koniec spaceru po Szybeniku zachodzące słońce ze schodów przy katedrze (powyżej) i jego złociste refleksy w katedralnym oknie (poniżej)

      I jeszcze kwiaty dla wytrwałych:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      sobota, 17 września 2011 23:28
  • sobota, 10 września 2011
    • Park Narodowy Krka

      Ponieważ było blisko, to wybraliśmy się tam w pierwszych dniach naszych wakacji. Na początku był mały wkurz- płaci się przy parkingu za wstęp na teren Parku- około 100 kun, ulgowe do 14r.ż., chyba 70 kun, szczęśliwie dzieci w wieku Trusi mają wstęp wolny. Po zjechaniu autobusem paru kilometrów serpentynami okazuje się, że za nasze pieniążki możemy sobie pospacerować ścieżką dydaktyczną w okolicy wodospadu Skradinski buk. A jeżeli chcielibyśmy zobaczyć inne części Parku, to musimy uiścić dodatkową opłatę w wysokości zdaje się 130 kun- za te pieniążki możemy popłynąć statkiem przez jezioro Visovaćko na wyspę, gdzie w XIVw. zbudowali swój klasztor franciszkanie i potem dalej do wodospadu Rośki slap. Nie skorzystaliśmy z tej opcji, zostaliśmy przy ścieżce dydatktycznej. Trasa wiedzie szeregiem drewnianych pomostów, poprowadzonych przez zalesione rozlewiska. Na początku drogi można jeszcze zwiedzić mini-skansen, w którym można zobaczyć coś w rodzaju pralni, żarna mielące ziarna (nam się trafiła kukurydza), sprzęty domowe, a nawet osiołka, owieczki i kozy. W przejrzystych strumyczkach pluskają sobie różnej wielkości rybki, kumkają żaby, od czasu do czasu pojawi się jakaś gadzina (żmija czy wąż- nie znam się). Podobno są tu żółwie- nie spotkaliśmy żadnego, ja mam swoją teorię- żółwie wszystkie siedzą w części płatnej dodatkowo. Wieść gminna niesie, że mieszkają tu ( a może to w Plitwicach? albo i tu i tam?) wyjątkowo wredne i jadowite żmije, które czają się na gałęzich drzew i znienacka spadają nieczego niespodziewającej sięofierze na głowę- nie zauważyłam ani jednej, ale też dowiedziałam się o nich dopiero po powrocie z wycieczki, zatem może i siedziały, ale wydaliśmy się im mało atrakcyjni. Na końcu ścieżki dydaktycznej czeka wpaniały Skradinski buk- wodospad złozony z ciągu 17 kaskad o łącznej wysokości 45,7m, rozciągających się na 800m. A dodatkowym bonusem jest możliwość popływania u stóp wodospadu, z czego 4/5 naszej grupy skorzystało- ja wymiękłam, bo ciepłolubna jestem. Ale patrząc na nich zazdrościłam możliwości pluskania się w przejrzystej wodzie i obserwowania całkiem sporych ryb.

      No a teraz koniec gadania, przejdźmy do obrazków:

      Po takich właśnie mosteczkach się spaceruje- są wygodne, widziałam rodziców z dziećmi w wózkach i naprawdę starsze osoby.

      To jest właśnie owa "pralnia", podobnie jak na następnym zdjęciu.

      A to żarna.

      Moja dzielna podróżniczka :)

      i jej równie dzielna obstawa ;)

      Odważni się kąpią, mniej odważni zostają z aparatem na brzegu- zejście do wody nie jest niestety najłatwiejsze

      Jedna z tych główek należy do Trusi

      O, są!

      Woda ciepła nie była, dobrze że są ręczniki i czekająca z nimi mama

      Posiłek regeneracyjny- trudno było wytłumaczyć paniom smażącym naleśniki, że jeden ma być zupełnie pusty.

      Łabądki niesyczące, oczekują na swoją dolę

      Truśka niesie na barana swoje "dziecko", które do tej pory zwiedzało Parka Narodowy w plecaczku- szczęśliwe lekkie jest i ściśliwe- to niewątpliwa zaleta szmacianych lalek.

      Ciech zdobywca

      Turbiny dawnej elektrowni wodnej, która kiedyś tu była

      Wodospad wodospadem, a rzeka Krka płynie sobie dalej do morza

      Rzeka Krka, mająca swoje źródło w Górach Dynarskich płynie 72,5km, żeby w końcu wpaść do Adriatyku w Szybenickim Kanale.

      Jak będziecie w pobliżu to polecam wizytę w Parku Narodowym Krka.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Park Narodowy Krka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      sobota, 10 września 2011 23:27
  • piątek, 09 września 2011
    • Kemping Solaris

      Wybraliśmy ten kemping z katalogu Vacansoleil, bo był chyba najbliżej położonym od Dubrovnika (co bynajmniej nie znaczy, że blisko), a poza tym wydawał nam się atrakcyjny. I taki faktycznie jest. Duży, bo na terenie ośrodka znajduje się kilka hotelików, domki z apartamentami, alejki mobile-home'ów, miejca na postawienie namiotów. Kemping ma własną marinę, kilka restauracji, drink-bary, supermarket. Jest pole do mini-golfa, dwa place zabaw, wypożyczalnia sprzętu pływającego, boiska do siatki, tenisa i piłki nożnej. Dzięki temu, że zajmuje sporą część półwyspu, ma długą, urozmaiconą plażę, zarówno typową dla Chorwacji skalistą, jak i piaszczystą (piasek jest nawieziony) i z drobnym żwirkiem. Jest tu dużo zieleni, drzew igiełkowych, palm, kaktusów, kwiatów i wielkie rabaty lawendy. Koło jednej takiej parkowaliśmy i za każdym razem jak wsiadałam lub wysiadałam z samochodu, moja spódnica/spodnie ocierały się o lawendowe gałązki i potem wszystko pachniało mi lawendą. A ja ten zapach uwielbiam. Są też baseny- prawie wszystkie ze słoną wodą- takie do moczenia nóg przy drink barze, do chlapania się tuż przy plaży lub przy hotelach (dla mieszkańców ośrodka są one dostępne), jeden większy, w którym da się popływać. Jest też maly aqua-park ze zjeżdżalniami do wody- ekstra płatny, ale na mniejsze zjeżdżalnie Truśka wdrapywała się bez opłat. Dla spragnionych kąpieli pod dachem jest kryty basen- płatny dodatkowo. I małe centrum spa.

      Generalnie jest tu chyba wszystko, czego potrzeba do dobrego wypoczynku i zabawy. Obawiam się jednak, że w pełni sezonu może tu być tłoczno. My byliśmy w pierwszej połowie czerwca i bardzo sobie ten termin chwaliłam- w pierwszym tygodniu ludzi było jeszcze mało, wszystkie atrakcje już dostępne, dzień był niemożliwie długi, ptaki spiewały od czwartej rano, aż trudno było spać. No i nie było takich sakramenckich upałów.

      A poza tym było to niezłe miejsce do wypadów na jednodniowe wycieczki- Szybenik tuż pod nosem, Trogir bliziutko, Split i Zadar w odległości poniżej 100km, a  wodospady Krka (o których w następnym wpisie) dosłownie na wyciągnięcie ręki.

      Zatem każdy może się tu oddawać swojemu sposobowi wypoczywania- zadowoleni powinni być i ci leżakujący, którym rozrywki kempingowe w zupełności do szczęścia wystarczą, i ci, których po jednym dniu leżakowania boli pupa, a nóżki zaczynają niespokojnie przebierać (vide autorka bloga).

      Dziś jednak poleżakujmy i powłóczmy się troszkę:

      "Nasze" osiedle mobile-home'ów (nie zauważyłam nigdzie namiotów ani Vacansolei ani innych znanych mi biur)- Tatuś z Gertrusią i jej szmacianymi dziećmi wyrusza na zwiedzanie okolicy.

      Wyruszyła też naturalnie Mamusia o niespokojnych nóżkach;-)

      I dotarła do wielkiego paleniska w jednej z knajpek (stylizowanej na dalmatyńską wioskę)

      Huśtawka na większym placu zabaw- fajna, bo można się huśtać we dwójkę- a w końcu dorośli tez lubią się pobujać.



      Miejsce, z którego Trusiowy Tatuś namiętnie fotografował zachody słońca- mamy pewnie kilka setek fotografii, obrazujących, jak to słonko spełza coraz niżej, żeby w końcu całkiem zniknąć.

      A tam po drugiej strony wody- wysepki

      O zupie dla dzików pisałam na Gertrusi- nazbierała Córka żołędzi, dolała im wody, dorzuciła trochę chwastów, a na koniec zatknęła chorągiewkę z McDonalda (w którym się nie stołowaliśmy, byliśmy tylko przelotem przy okazji zakupów)- tak powstał happy meal dla dzików (wielokrotnie mijaliśy znaki "uwaga dziki"- tak jak u nas "uwaga jelenie").

      Matka zamyślona w obiektywie Córki przed kolejnym kempingowym spacerem

      Mniejszy plac zabaw- na plaży

      Kamienista plaża ma swoje plusy, można puszczać kaczki

      Trusia próbuje sól skrystalizowaną na kamieniach- bo wiadomo, sól to to, co Trusie lubią najbardziej

      Kempingowa marina

      A ten elegancki żaglowiec cumował sobie przy plaży i woził chętnych wzdłuż plaży- z opłatą niestety

      A to ja- całkiem mi się to zdjęcie podoba :-)

      Na werandzie spędzaliśmy sobie leniwie czas, czytając, rysując, popijając, jedząc różne dobre rzeczy. Na słupku wisi owieszka przestrzegająca przed dzikami- bo jak widać wiadereczko już puste, dziki zjadły zupę i teraz moga być głodne na następną;-)

      Knajpka w stylu dalmackiej wioski

      Plac zabaw należy się nie tylko małym

      Drink bar dysponował basenikiem do moczenia nóg- Ciech koniecznie chciał do tego drinka z palmką, ale zdaje się, że do "pijaństwa" nie doszło- nie mogę sobie tylko przypomnieć, dlaczego...

      A Truśka drinka nie łaknęła, wystarczyło jej pląsanie w wodzie.



      Na koniec jedno z kolejkcji zachodów słońca- tu już zaszło.

      CDN

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kemping Solaris”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      piątek, 09 września 2011 23:44
  • środa, 07 września 2011
    • Zaczęliśmy od Trogiru

      Pierwszej, kościelnej wyprawy do Szybenika nie liczę jako zwiedzanie, zatem pierwszym miasteczkiem, które odwiedziliśmy w Dalmacji był Trogir. Wycieczka lajtowa, bo zaledwie pięćdziesiąt parę kilometrów drogą wzdłuż wybrzeża, poza tym miasteczko niewielkie, którego starówka, położona na przybrzeżnej wysepce, wpisana została na listę UNESCO. Zorientować się w nim łatwo, zaparkować też dało się bez problemu (może dlatego, że była to dopiero pierwsza połowa czerwca). Oczywiście pierwszym zabytkiem, do którego trafiliśmy była katedra świętego Wawrzyńca (tym razem nie zgubiliśmy katedry;)). Jej budowę rozpoczęto w 1123r., a zakończono ostatecznie dopiero w XVIIw., z czego wynika, że stanowi ona mieszaninę stylów, od romańskiego do baroku. To pomieszanie widać już w wieży, której dolne piętro jest wczesnogotyckie, drugie to już gotyk wenecki, a najwyższe to renesans.

      Dech zapiera główne wejście do kościoła, ozdobione romańskim portalem, uważanym za najpiękniejszy w Chorwacji. Jego autorem jest lokalny mistrz Radovan. Po bokach stoją najstarsze nagie figury w Dalmacji, przedstawiające Adama i Ewę.

       

      Wejścia strzegą rzeźby kamienne lwy:

      Są też aniołki do mojej kolekcji:

      Najsłynniejsza w świątyni jest ponoć kaplica św. Jana Ursiniego, patrona miasta, z sarkofagiem biskupa Jana Ursiniego, bogato rzeźbionymi ścianami i kasetonowym sklepiniem (jest to pierwszy od czasów antycznych przykład strpu zbudowanego bez użycia podpór):

      W środku stoi też trzynastowieczna ambona  wsparta na ośmiu kolumnach:

      i romańsko-gotyckie cyborium w głównej nawie:

      Po zwiedzeniu wnętrza wspięliśy się oczywiście na wieżę, skąd podziwialiśmy dachy miasteczka i najbliższą okolicę (oraz obserwowaliśmy nadchodzącą letnią burzę):

      Burza na szczęście nie trwała długo, chociaż deszcz przegnał wypoczywających pod kawiarnianymi parasolami turystów.

      Katedra stoi przy Trgu Ivana Pavla II. Plac ten od wschodu zamyka romańsko-gotycki ratusz:

      Południowa ściana placu to loggia miejska i przylegająca do niej wieża zegarowa:

      Zagłębiliśmy się w uliczki starego miasta, natrafiając po paru krokach na romański kościółek św. Jana Chrzciciela z rzeźbą Baranka Bożego w portalu.

      Dotarliśmy do klasztoru Benedyktynek:

      Siostra furtianka uśmiechała się tak sympatycznie, że nie wypadało nie zwiedzić muzeum, w którym największym skarbem jest relief Kairosa, greckiego boga pomyślnej chwili z Iw. p.n.e. są tez tam inne rzeźby i cenne ikony.

      Powłóczyliśmy się po wąskich uliczkach, zaglądając na urokliwe podwóreczka. Na jednym z nich znalazłam kolenje anioły do swojego zbioru:

      A na jednym z takich podwórek zjedliśmy pyszny obiad.

      Truśka z chorwackich specjałów oczywiście zawsze wybierała frytki!

      Fajnie jest sobie posjestować w podobnej do tej knajpce- aż się serce wyrywa, żeby tam wrócić na makaron z frutti di mare:

      Idąc nadmorską promenadą dotarliśmy do goryckiego kościoła św. Dominika:

      a w końcu do twierdzy Kamerlengo- czworobocznej budowli, powstałej w XVw. jako element fortyfikacji miejskich:

      Za twierdzą, gdzie zajrzeliśmy w poszukiwaniu opisanej w przewodniku gloriett,y Truśka urządzila sobie małą wspinaczkę po drzewach:

      Wróciliśmy przechodząc przez Bramę Lądową z rzeźbą zdaje się biskupa Ursiniego, patrona miasta:

       Za mostkiem przerzuconym nad nad fosą weszliśmy wprost na targowisko- ileż tam było rózności!

      Truśkę zafascynowały zwłaszcza najeżki. A nas bardziej dobra nadające się do konsumpcji ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      środa, 07 września 2011 22:50
    • Podróż

      Jak zwykle wyruszyliśmy późnym wieczorem- jazda nocą ma tą niewątpliwą zaletę, że tym, co mogą spać czas mija szybciej. Gorzej jest z tymi, którzy spać nie mogą, bo muszą prowadzić samochód. Ale jakoś daliśmy radę, zmieniając się za kierownicą i robiąc od czasu do czasu krótkie przerwy.

       Tym razem zadebiutowaliśmy z GPS-em, z którym jednak nie do końca się zgadzaliśmy- uparł się na przykład prowdzić nas najpierw do Czech (co zaakceptowaliśmy), ale zaraz potem usilnie kierował nas do Bratysławy, czego po zakupieniu winietki na czeskie autostrady i przejechaniu nimi zaledwie kilkunastu czy kilkudziestu kilometrów specjalnie zrobić nie chcieliśmy. Cóż, pewnie GPS miał swoje racje, ale my się zbuntowaliśmy i trzymaliśmy się dalej Czech. W Słowenii natomiast GPS znowu miała z nami przeboje, albowiem we wgranej, rzekomo najnowszej wersji mapy, nie uwzględniono nowootwartej autostrady, zatem według naszego przewodnika pomykaliśmy szczerym polem, co wprawiało machinę w sporą konsternację. Ale daliśmy wspólnie radę i kole południa dotarliśmy na miejsce, czy na kemping Solaris w Szybeniku. O kempingu jeszcze pewnie kiedyś napiszę, zatem dziś tylko zdjęcie naszego lokum:

      Ponieważ była niedziela, wyruszliśmy do miasta w poszukiwaniu kościoła i wieczornej mszy. Pani recepcjonistka poinformowała nas, że w katedrze na pewno jest msza o 19-tej. Nalegała, żebyśm ową katedrę koniecznie zobaczyli- o tym, dlaczego nalegała przeczytaliśmy i przekonaliśmy się jednak dopiero za kilka dni. Zakładaliśmy, że katedra powinna dominować w panoramie miasta i że znajdziemy ją bez trudu. Ale ponieważ zaparkowaliśmy nie od strony morza, to katedry nie znaleźliśmy. Zagubieni w labiryncie wąziutkich uliczek, z których nie było szans na ujrzenie wieży jakiejkolwiek świątyni, no chyba, że się stało tuż obok, dotarliśmy ostatecznie do rozsypującego się kościółka, w którym właśnie rozpoczynało się wieczorne nabożeństwo i tam już zostaliśmy. Po powrocie na kemping trochę wstyd się było przyznać miłej pani z recepcji, że nie udało nam się odnaleźć tej zachwalanej przez nią szybenickiej atrakcji. Za to okazało się, że zostawiliśmy samochód tuż obok całodobowej piekarenko-cukierni i z tego dobrodziejstwa korzystaliśmy później wielokrotnie- Trusia i chłopaki upodobali sobie zwłaszcza wielkie francuskie rogale z czekoladą- zwykle były cieplutkie, gdy je kupowaliśmy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Podróż”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      środa, 07 września 2011 22:05